• Wpisów:18
  • Średnio co: 107 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 16:16
  • Licznik odwiedzin:4 548 / 2037 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
„Historia mojego życia jest krótka… Byłam padłam i umarłam…”
„Ile razy zabieram się za napisanie czegoś odpowiedniego,
nie zliczę…”

Siedzę i oglądam gwiazdy, nie jest zimno. Jakby niesamowicie ciepła wiosna zawitała na księżyc. Gwiazdy są dzisiaj takie piękne, świecą- małe cholerne anioły. Głupie anioły robiące sobie z Nas durne żarty. Siedzą tam i mrugają a nam od dziecka mówią, że to gwiazdy gówno prawda!
Księżyc? No tak, jestem tu. A gdzie myśleliście, że trafie? Do Nieba? No musze Was rozczarować. Zarówno ani Nieba ani Piekła po prostu niema. Jeżeli uważaliście na lekcji fizyki, bądź macie mądrą koleżankę, która ma na studiach astronomię to wiecie jak tu jest. Pięknie tu nie jest, wiecznie ciepło bo Słońce grzeje jak szalone. Anioły? Owszem są. Małe skrzaty wkurzające niemiłosiernie to gorsze niż śmierć znosić te tutaj. BUM! Całe wyobrażenie świata po śmierci legło w gruzach. Każdy jest tutaj Małym Księciem i Księżniczką, choć dokładnie nie wiem. Nie czytałam owej książki. Nigdy nie czytam tego co większość- indywidualizm.
Jaka umarłam co się wydarzyło, że tu jestem? Hymmm… Zadanie za dużo pytań retorycznych. Jestem dosyć roztargniona bo jestem tu nie długo, nie przywykłam do tego powietrza.
Miałam przyjaciela, niesamowitego wspaniałego człowieka, w którego nawet przekleństwo brzmiało jak najpiękniejsze wyrazy opisujące uczucia. Pewnego dnia zapytał mnie „pomogłabyś mi się zabić?” bez wahania odpowiedziałam, że tak. Nie można przecież komuś wpierać „nie rób tego, życie przed Tobą” NIE! Takich pytań nie zadaje się od tak przy piwie. Nie jest to temat do dyskusji na pierwszej randce, ani nigdy. Gdy ktoś zadaje takie pytanie, oznacza to, że jest pewny. Chce to zrobić. Lub tylko rozważa. Oczywiście moją odpowiedzią było „tak”. Poprosiłam tylko o to, żeby dał mi tydzień na przygotowanie się do jego odejścia. Zależało mi na nim. Przyjaciel, do którego czułam to co do kochanka. Mimo tego, nigdy nie doszło między nami do niczego. Wspaniały człowiek, jedyny minus? Jego brak? Nie, śmiech. Czasem potrafił zaśmiać się nagle. Co wprawiało mnie w zakłopotanie. Dał mi tydzień… Chcieliśmy umrzeć pięknie i razem. Siedem, liczba mojej śmierci. Dzień 77 licząc pod początku roku, 77 minuta licząc od północy dnia 77. Na moim grobie wygrawerowano tą liczbę. Mam też taki znak na nadgarstku. Wygląda jak tatuaż, tandetny strasznie. Ale to taki kod kreskowy nadawany po śmierci. Tak aby nie trzeba było pamiętać naszych imion- woła się do nas np. „numer 67 masz odwiedziny”.
Dzień 76 licząc od nowego roku, wszystko było już przygotowane. Żel pod prysznic o zapachu „szampana”. Godzina, sekunda, dzień, miejsce.
Znalazła nas policja. Drzwi były szczelnie zamknięte. Tak chcieliśmy. Umarliśmy, poprzez wzajemne zabójstwo. Nadzy, pod prysznicem, wrząca woda spływająca po uciekających krwią ciałach, wszędzie zapach szampana, zaparowana szyba, na której widniała liczba „77”. Musiał umrzeć pierwszy. On siedzący w brodziku prysznica a przy nim ja, przytulona do jego klatki piersiowej. Po śmierci zrobiliśmy to co chcieliśmy- wspólny prysznic i szampan do tego na wylot przebite serca. Cudownie! Nieprawdaż? Czy się cieszę, że to zrobiłam. Tak. Ale najgorsze jest to, że po śmierci zostaliśmy rozdzieleni. Takie prawo kosmosu. Jeśli kogoś zabijesz, po śmierci ta osoba trafia w miejsce oddalone tak daleko, że nawet nie wiesz, że takowe istnieje. Ja tu on gdzieś tam. A może nawet go nie ma?
Obracam się w lewą stronę, spoglądam na durnego anioła, który przelatuje obok mojego księżyca. Niesie jakiś list. Łapię kamień leżący obok wyprostowanych nóg i rzucam w jego stronę. Uśmiechając się wrednie patrzę jak spada w dół. Kolejny stracony. To jedna rozrywka jaka tutaj jest, rzucanie kamieniami w anioły i zabijanie ich. One są jak gwiazdy umierają, wypalają się i już ich nie ma. Smutne ale cóż, takie życie po życiu. Możemy tutaj oglądać nasze wspomnienia. Zapomniałbym o tym. Wystarczy pomyśleć o czymś co się wydarzyło i ukazuje się przed nami ogromny rzutnik, który wyświetla nasze życie jak film. Nieżycie jest tu straszne. Siedzisz na księżycu i oglądasz w kółko tą samą kasetę uświadamiając sobie ile rzeczy zrobiło się źle, ile czasu zostało zmarnowane. A tu… Masz dużo czasu. Są Ci, którzy „mają za mało czasu” i tacy „którym czasu brakuje”. Ci pierwsi to my, wszystkie trupy siedzące na księżycach, nie mamy nic do roboty, twierdząc, że nie mamy czasu. Ci drudzy to Ci żyjący. Pewnie domyślacie się, które wspomnienie odtwarzam najczęściej. Dzień Naszej, nie mojej, nie jego „NASZEJ” śmierci. Tak wyszło nikt, nie płakał. Jak wyglądał pogrzeb opiszę, jak ktoś będzie zainteresowany.
Teraz dobranoc. Bądźmy tą drugą grupą nie pierwszą. Choć, po śmierci można zrobić fajne rzeczy. Zabitych aniołów = 77

  • awatar Gość: W internecie bardzo łatwo cię znaleźć. Napisz opowiadanie w końcu.
  • awatar Gość: Zabiłaś mnie... "Ale najgorsze jest to, że po śmierci zostaliśmy rozdzieleni. Takie prawo kosmosu."...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Znajduję się w małym zamkniętym pomieszczeniu. Może przestrzeni. Może. Nie jestem niczego pewna, przede mną co jakiś czas ukazuje się mała wiązka światła. Jakby po za pomieszczeniem, w którym jestem coś było. Może to księżyc, bezradnie rozkłada ręce. Chce mnie stąd uwolnić ale dobrze wie, że nie może nic zrobić. Krąży więc w kółko. Co jakiś czas zaglądając w małe okienko. Nie mogę go dosięgnąć jest tak bardzo wysoko. Wstaję. Spróbuje. Bezskutecznie. Jestem naga, na swoim ciele nie czuje żadnych ubrań. Nie widzę swojego ciała. Wyciągam przed siebie ręce i spuszczam głowę. Tak bardzo chciałabym je zobaczyć, na chwilę. Ciemność. Przecinam dłońmi powietrze.
Łapie się za głowę, wychudzone palce chcę wpleść w swoje cienkie włosy. Plecy opieram o ścianę lub coś co łudząco ją przypomina. Jest chropowata, wbijam w nią plecy. Czuje każde ukłucie. Przebijanie mojej skóry. Powieki zaciśnięte. Czuje pieczenie, okropne pieczenie. Jakby diabeł postanowił zagrać na moich plecach w szachy. Odrywam ręce od głowy, palce wyplątują się z włosów przy okazji wyrywając niepojętą ich ilość. Odkurzam garści włosów na bok, wstaję. Cały czas czuję ból na moich plecach. Jakby milion cienkich nitek przywiązanych do mojej skóry ciągnie mnie. Jestem jak marionetka, ze sznurkami przytwierdzonymi do ciała. Stoję na uginających się nogach. Spoglądam w dół. Ciemność. Dotykam moich kolan, słyszę chrupnięcie, łamanie się patyków. Moje kolana. Upadam i przewracam się na bok. Nie mogę ustać. Nogi są bezwładne. Sznurki, które nadal trzymają mnie na uwięzi ciągną mnie do ściany. Światła już nie ma. Nie ma księżyca. Odwracam głowę. Policzek dotyka chropowatej ściany. Z całej siły wbijam go w nią. Czuję rozrywającą się skórę. Potem kości, które delikatnie kruszą się. Dobranoc księżycu.



"Więc dobranoc, księżycu
Chcę słońca
Jeśli się tu nie pojawi
Będę skończona
Nie, to nie będzie za wcześnie,wcześniej niż powiem Dobranoc, księżycu"
Cytat: Shivaree - Goodnight moon
  • awatar Gość: Księżyc wydaje się romantyczny, jeszcze gdy zagląda do okienka, mm <3 :) kwiaty potrzebują słońca by nabrały koloru może? :v tak czy inaczej, gratki
  • awatar Gość: Podoba mi się jak znika w pierwszej połowie ciało. Później nadchodzi ciemność i podmiot rozkminia swój punkt oparcia, czym jest. Dalej opis znoszenia dużo bólu chropowatości. Pojawia się milion nici symbolizujący ubezwłasnowolnienie, manipulację. Opis słabości, braku czucia w ciele, dalej następuje symboliczna śmierć. Całość ciekawie brzmi, czyta się dość dziwnie, jest kilka sprzeczności, jest ekspresja.. Pierwsza część jakby jaśniejsza, w drugiej już bardziej klimat horroru. Bez szkolnej oceny się odbędzie... By nie było załamania ;d swoją drogą ładne kwiatki pod postem. Pozdrawiam, dużo słońca życzę tego dobrego oczywiście :)
  • awatar izkku: piękne! :) zapraszam do siebie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Ostatnio tak mało piszę. Dlaczego, bo w moim życiu nie dzieje się nic złego. Ostatnio z moich ust padły słowa "nie piszę nic bo w moim życiu nie wydarzyło się nieszczęście. A umiem pisać tylko o tym co złe". Ale przecież... Znienawidziłam całą swoją klasę, to chyba nieszczęście? Niee... Po prostu przestałam się tym przejmować. Brak inspiracji. Coś wymyślę. Obiecuję to sobie..

Koniec głupich monologów, cytatów, przemyśleń. Coś napiszę, napiszę... Pouśmiercam kilka osób myślami i mocą kreatywności (śmiech). Będę pisała używając dużo liter "R" to taka piękna litera. Po niej poznasz sposób mówienia osób. Czy są normalni czy nie. "R", "R", "R". Śmiej się z wad, o tak, tak, a z idiotów również. Wada nie wada - debilizm.

(c) zdjęcie : Top Model, Mateusz Jastrzębiak.
 

 
Raper rapował "Ludzka psychika jest krucha". Mogłabym dopowiedzieć do tego, a ciało jest jeszcze delikatniejsze. Tak jest- być może. Może i doszło do konfliktu. Może i miałam ochotę rozpalić ci łeb o chropowatą ścianę bo zostały by lepsze ślady... "Rany od słowa bolą bardziej niż rany od mieczy" mawiała doskonała piosenkarka, znana bardziej jako psychopatka w sukience z mięsa. Wolę patrzeć jak same się wykańczacie. HIV, AIDS, ha! pewnie już poczułyście co to jest. Wykańczacie się poomałuu, wykańczacie się pomaaału. Wyzywacie mnie, obgadujecie. Cóż, mam ciekawe życie. Trzeba czyimś wypełnić swoje. Urocze, aww... Wy krzyczycie ja wrzeszczę w sobie.

Rima, Shanae, Falen. Uczę się od najlepszych. W ciszy docieram do końca. Pokój zwierzeń otwarty?
Andrea, Lea, Natalie. Uczę się niszczenia, zabijam jak Julie.
 

 
Monolog: Stary, bardzo. W chwili złości i nienawiści. Bardzo aktualny.



Dlaczego ludzie są tacy żałości? Są obrzydliwi i zazdrośni. Czy to jest smutne? Skądże. Jestem idealna. Oni są śmieszni. Durnowate marionetki, które myślą, że będąc kukłą z najgorszych szmat dostaną Oskara. Spoglądam na nie co jakiś czas, błe. Nic, szmaciane marionetki. Czy jestem próżna? Patrzę na innych z góry? Tak, a pewnie! Jesteście takie żałosne. Brzydzę się waszym towarzystwem. Przy was czuje się doskonale mimo tego, że jestem jak powietrze. Mogłabym opisać każdą z was ale po co. To dzieło nie zasługuje aby je oszpecać. Weźmy olej i wodę nalej to do tego i nic. Wasze słowa po mnie spływają otaczają lecz nie wchodzą we mnie. Ha, ale po co to doświadczenie skoro wiemy jaki będzie finał.

Żałosne... Popisujecie się jakie jesteście świetne, prawda jest inna. Ubrać się nie umiecie i WSZYSTKIE UMRZECIE. Nie myślicie o tym ale ja tak. Dlatego w tym też jestem lepsza. Miejsce w niebie, może w piekle jest gotowe. Na was nic nie czeka. Nadal z was się śmieje, wstrętne, zawsze gorsze. Pójdziecie tam jak nie proszony gość, na mnie czekają. Pokój gotowy. Już... „Diabeł puka do mych drzwi, a Jego Demony zaglądają przez okno”.
 

 
CZĘŚĆ PIERWSZA:

- Co się dzieje!? – Krzyknęłam wyglądając za okno. Zobaczyłam tam wielkie kawałki szkła, które unosiły się parę centymetrów nad ziemię i opadały na ulicę rozpadając się na miliony małych kawałeczków- swoim kształtem przypominały diamenty. Musiała na nie działać na nie jakaś siła bo widok był niewiarygodny. Po za tym po całej ulicy turlały się kłęby uformowane z liści, śmieci i ubrań prawdopodobnie porwanych przez wiatr. Jednym słowem za oknem panował istny chaos.
- Co to ma znaczyć? To raczej nie wina pogody – powtórzyłam po raz kolejny do opanowanej siostry. Ta spojrzała na mnie i bez słowa zaczęła przesuwać meble stojące pod ścianą. – Zasłoń okna i nie patrz na to – powiedziała szybko i opanowanie nawet na mnie nie zerkając. Ostatni raz spojrzałam na to co się tam działo, nic się nie zmieniło nadal po ulicy latały połamane gałęzie i śmieci. Zdziwiło mnie jednak, że ulicy znikły samochody, parkingi stały puste. Zasłoniłam widok roletami – Ruszaj się! – pośpieszyła mnie. Odwróciłam się gwałtownie przewracając niechcąco mały stoliczek do kawy. Zobaczyłam jak otwiera mosiężne, drewniane drzwi z lwią klamką, które były ukryte za biblioteczką. Były dość małe, może osoba wzrostu sześciolatka mogłaby bez pochylania się przez nie przejść. Siostra była już po drugiej stronie, wiedz bez zadawania pytań ruszyłam za nią.
Parę kroków i obydwie znalazłyśmy się... Dokładnie nie wiem gdzie. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności zauważyłam, że drzwiczki znikły. Nic nie mówiłam. Chciałam aby od siostry padły pierwsze słowa a najlepiej słowa wyjaśniające to co się działo. Byłyśmy w korytarzu, nie widziałam jego początku ani końca. Nie był zbyt szeroki ale nie miał sufitu, gdy podniosłam głowę widziałam w jego miejscu gwiazdy i księżyc. Dziwne, zanim tu przyszyłyśmy był środek dnia. – Gdzie jesteśmy? – Zapytałam szeptem, ponieważ bałam się echa, które mogłoby ponieść moje pytanie niewiadomo gdzie. Szarpnęłam lekko siostrę za rękaw, nie odpowiedziała. Szturchnęłam ją lekko, ale to też nie poskutkowało. Zrezygnowałam. Czekałam co się wydarzy. Z mroku wyłoniła się zakapturzona, ciemna postać. Zbliżyła się do nas i pochyliła się nad moją siostrą i szepnęła jej coś na ucho. Po czym ta dziwna osoba odsunęła się i skierowała głowę w moją stronę, nie wiem czy na mnie patrzyła. Nie widziałam jej twarzy ani tego co miała pod kapturem. Odeszła. – O nic mnie nie pytaj, wszystko wytłumaczę Ci w swoim czasie... – powiedziała do mnie siostra i wskazała drzwi parę metrów od nas – Udasz się tam i nigdzie się stamtąd nie ruszaj i nie odsłaniaj okien, dobrze? – skinęłam głową na znak, że wszystko rozumiem – Jak będziesz czegoś potrzebowała po prostu zapukaj trzy razy w podłogę – wytłumaczyła mi odprowadzając mnie do drzwi – Jeśli ktoś zapyta Cię co tu robisz, pokaż mu to... - wręczyła mi małą figurkę w kształcie srebrnego jabłuszka – Idź już... Wszystko będzie dobrze – Siostra znikła. Lekko spanikowałam a w głowie miałam absolutną pustkę. Zaczęłam się trząść, jednakże zmusiłam się swoje ciało aby zrobiło kolejny krok ku drzwiom a ręka złapała za klamkę. Poczułam lodowaty dreszcz od palców po czubek nosa. Zabrałam rękę jak oparzona i zaczęłam ogrzewać ją poprzez pocieranie o pidżamę, którą miałam na sobie. – A panienka czeka na specjalne zaproszenie? – rozejrzałam się szukając źródła głosu. Mogłam przysiąc, że mówi do mnie człowiek, ale nikogo nie było w pobliżu. Gdy w końcu znalazłam skąd dochodzi dźwięk, byłam jeszcze bardziej zszokowana niż przed przyjściem tutaj. Mówiła do mnie... klamka. Była okrągła i zrobiona z czystego złota. Mój ojciec był złotnikiem więc stwierdziłam to bez problemu. Uchwyt miał twarz przystojnego mężczyzny około dwudziestu pięciu lat. Ale mogłam się mylić wyglądał bardzo dojrzale – Wejdziesz? – zapytał mnie. Byłam zbyt wystraszona aby cokolwiek odpowiedzieć tym bardziej miałabym rozmawiać z klamką? To chore... Najwyraźniej mężczyzna był poirytowany moim zachowaniem, ponieważ gwałtownie i ze świstem wypuścił powietrze z ust. Pewnie chciał zwrócić na siebie moją uwagę. Przewrócił oczami a drzwi same się otworzyły – Ale chyba nie musze pomagać Ci wchodzić? - klamka zaśmiała się po czym zakaszlała i wypuściła kilka obłoczków kurzu. Weszłam posłusznie do pomieszczenia i rozejrzałam się. Pokój był taki sam jaki zaprojektowałam. Architektura i projektowanie wnętrz było moim hobby. Miałam nawet specjalną teczkę, która była zapełniona moimi pracami i zawsze była doskonale ukryta. Nikt nawet nie wiedział o jej istnieniu. Skąd projektant mógł wiedzieć o moich dziełach? Wszystko było kropka w kropkę. Podeszłam do ogromnego łóżka, leżały na nim poduszki koloru sól-pieprz. Obok stała szafka nocna w kolorze brudnej bieli i mięty. Na niej stała gruba kawowa, zapachowa świeca. Przy drzwiach swoje miejsce miała wielka masywna komoda, na której były ramki ze zdjęciami mojej rodziny, obok szafa na ubrania. Od lewej strony łóżka na ścianie było kilkanaście półek zapełnionych moimi ulubionymi książkami. Podeszłam bliżej, tak to były książki z mojego pokoju... Jonathan Carroll, William Wharton. Niektóre z nich już przeczytałam a niektóre chciałam przeczytać. Każda oznakowana była małym wypalonym jabłuszkiem na swoim grzbiecie. Ogólnie całe pomieszczenie utrzymane było w naturalnych kolorach, dominowała w tym biel i wszelkie odcienie brązu.
Poczułam, że coś wierci się w mojej dłoni. Otworzyłam ją. Zapomniałam, że mam w niej zawieszkę, którą podarowała mi siostra. Figurka podskoczyła, przeleciała przez pokój i wylądowała na parapecie. Jabłuszko podskakiwało się i trzęsło jakby chciało mi powiedzieć abym otworzyła okno. Ale to nielogiczne, jak jakiś przedmiot może ode mnie czegoś oczekiwać, to nawet nie ma rąk a tym bardziej rozumu. Okno zasłonięte było ciemno- zieloną roletą. Wzruszyłam ramionami i złapałam za klamkę już chciałam ją przekręcić. Przypomniały mi się słowa siostry, mówiła żebym pod żadnym pozorem nie mogę zobaczyć tego co poza pokojem. Ciekawość była silniejsza, otworzyłam okno. To co tam zobaczyłam, było okropne i obrzydliwe a zarówno cudowne i przepiękne...

Fot. Zdzislaw Beksinski
  • awatar Gość: Świetne. Oby tak dalej..:*** Właśnie czytałem to z mamuśką i stwierdzam, że jest mega. Jak już mówiłem napisz to w zeszycie i być może kiedyś to wydamy a raczej Ty wydasz trzymam kciuki i życzę dalszej weny oraz pomysłowości Kocham Cie :** <3
  • awatar Gość: no, no, no. podoba mi się. :)
  • awatar Gość: świetne *.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Rozumiem, że tematyka moich opowiadań nie trafia w wielu czytelników. Aczkolwiek jestem dumna z tej małej gróbki, która chce je czytać.
Chciałabym przypomnieć, że po prawej stronie znajduje się mój email i numer gg. Proszę tam pisać swoje zażalenia.




„To była
moja ulubiona godzina, kiedy
walczący dzień
został całkiem pożarty,
jego ogon
znika w głębi
gardła nocy „


Coleman Dowell
„Mój ojciec był rzeką”
 

 
Moje opowiadanie ukazało się w LOgin'ie, gazecie Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Gryficach :DD

Zapraszam oczywiście do polubienia fanpage na fb : http://www.facebook.com/istuff.pinger
 

 
I tak mijał dzień za dniem, a raczej sen za snem – noc za nocą. Vincent, coraz więcej dowiadywał się o Skyler. Okazało się, że jej życie nie było tak wspaniałe.
- To ostatni sen w którym Ci towarzyszę – powiedziała po czym odwróciła się plecami.
Znajdowali się w… Kostnicy. Biała wypolerowana podłoga, białe ściany oraz wieszak na którym bezwładnie spoczywały lekarskie fartuchy. Vinc rozejrzał się i podszedł do ogromnej szafy. A raczej do „schowka na martwych ludzi”. Gdy pomyślał co znajdowało się za malutkimi okrągłymi drzwiczkami, przeszedł go lodowaty dreszcz. Spojrzał na Sky.
- Jakie jest moje zadanie? – czół się jak płatny kryminalista. Mówił bardzo spokojnie, ani
jedno słowo w jego głosie nie zadrżało. Podszedł do jednego z srebrnych stołów. Właśnie na tym stole może kilka minut temu walało się pełno resztek obumarłych narządów, którymi jak małe dziecko kopiące w piaskownicy bawił się człowiek przeprowadzający sekcję zwłok. Vincent przejechał palcem po idealnie czystej powierzchni
- Doskonała robota. Ciekawe jakich używają środków czyszczących! – zaśmiał się. Chciał
rozluźnić nieco atmosferę, widział po wyrazie twarzy dziewczyny, że właśnie „to” co miało się niedługo tu wydarzyć było dla niej bardzo ważne. Nie mylił się. Powietrze nagle stało się wilgotne, zdecydowanie za bardzo, przybrało na masie, było ciężkie i trudno było nabrać powietrze w senne płuca.
Do białego pomieszczenia wparowało wojskowym krokiem dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Nie zwracając uwagi na Vincenta i Skyler, podeszli do jednej z ścianowych szuflad. Przekręcili klamkę i z wnętrza ściany wysunęła się pozioma deska, na której leżało ciało chłopca. Vincent podszedł bliżej i przyjrzał się. Miał około trzynastu lat, brązowe kręcone włosy, smutny blady wyraz twarzy. Obrócił się w stronę Skyler.
- To chciałaś mi pokazać? – zapytał zupełnie innym głosem niż poprzednio – Kim on jest?- zapytał załamującym się głosem, wyglądał jak człowiek stojący na moście świadomy tego, że niedługo most się zawali i on zginie. Był bliski paniki, miał ochotę krzyczeć, złapać ją za szyje i dusić aby powiedziała mu co zrobiła temu chłopcu. Ona nic nie poczyniła, stała i patrzała prosto w oczy Vincenta. Ten złapał kilka głębokich oddechów, które uspokoiły do. Wrócił spojrzeniem na leżącego chłopca. Małe blade ciałko, byle jaki ruch mógłby go złamać w pół jak gałązkę. Mężczyźni obejrzeli go i wyszli. Mężczyzna dotknął martwego. Zaczął od palców, dotykał delikatnie każdy z osobna jakby chciał sprawdzić czy ma całe kości. Następnie przeniósł wzrok na szyje, wokół niej była wyryta głęboka linia… Chłopczyk się powiesił, sam lub przy czyjeś pomocy. To było pewne. Był to jeden jedyny ślad, który wskazywał tylko na ten paskudny rodzaj śmierci. Widok był straszny, Vincent nie mógł patrzeć na chłopca, który przypinał mu sceny z jego życia.
Kiedy miał dokładnie tyle samo lat, też chciał popełnić samobójstwo, w taki sam sposób. Było to kilka godzin przed wigilią. Na uroczystą kolacje mieli przyjść ważni dla jego ojca goście. Wszystko było przygotowane, pięknie przystrojony stół, choinka, kolędy w telewizji. Matka kazała synowi pójść na górę do swojego pokoju i założenie odświętnego ubrania, które leżało przygotowane od rana. Mały Vincent uczynił to z niewielką radością, wiedział bowiem dobrze, że przy stole będzie musiał uważać na każdy ruch. A co najgorsze nie będzie mógł od razu rozpakować prezentów. Będzie musiał siedzieć przy stole do skończenia posiłku i wybyciu gości. Chłopiec usiadł na łóżku i smutno przyjrzał się ubraniom leżącym na krześle przy biurku. Kilka minut później rodzice znaleźli go stojącego na odświętnym ubraniu tuż przed wiszącym sznurem…
Potrząsnął głową jakby chciał odgonić od siebie nieprzyjemne wspomnienie. Oparł się o ścianę. Spojrzał na Skyler, która podeszła do chłopca i usiadła obok niego. – To mój syn, jak widzisz powiesił się… – zaczęła mówić – miał trzynaście lat, wtedy byłam trakcie rozwodu z Waytem. On strasznie to przeżywał kochał mnie i swojego ojca. Ale na jego oczach zmieniliśmy się w potwory. Potraktowaliśmy go jak przedmiot, był wart tyle samo co nasz dom! – zacisnęła mocno oczy, a łzy spadły na klatkę piersiową chłopca – Nie było dla nas ważne, jak się czuje. Chcieliśmy tylko go posiadać. Nie traktowaliśmy go jak syna, naszego syna. Najukochańsze stworzenie dla którego powinniśmy oddać życie. Wtedy był tylko przedmiotem, który chcieliśmy mieć. Musiał być mój albo jego, albo niczyj. W dzień rozprawy powiesił się. Znalazła go moja matka, w moim pokoju. Jakby chciał w końcu zostać zauważony. Nie chcę opowiadać reszty – otarła oczy z łez i skierowała się do drzwi ewakuacyjnych - Zejdę na dół napić się czegoś. Zostań z nim. – uśmiechnęła się i znikła za drzwiami.
Vincent tym czasem zajął miejsce Skyler, tuż obok chłopca.
- Zabij mnie… – usłyszał słabiutki głos dochodzący z ciała. Usta nie otwierały się, zignorował to. – Zabij mnie słyszysz! – głos zdecydowanie się nasilił, spojrzał na ciało chłopca. Miał otwarte oczy, i ruszał ustami.
- Co !? – Krzyknął przerażony, podrywając się z miejsca. Odskoczył kilka kroków od martwego ciała. Nadal było blade, słabe, a szrama po duszącym go sznurze nie znikła.
- Zabij mnie proszę, uduś mnie!… Zabij mnie błagam… – chłopiec usiadł. Spojrzał swymi martwymi dziecinnymi oczyma na Vincenta. Ten stał jak posąg co miał zrobić? Uciec? Powiadomić Skyler? Ale co będzie jak pójdzie po nią, a gdy wrócą razem wszystko będzie w porządku? Zabić chłopca, w końcu o to prosił. „Ale nie mogę decydować czy ktoś ma żyć czy nie. Nie jestem Bogiem.. ‘’ – pomyślał.

Zdjęcie: WuWejo. / A.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mamo, my wszyscy jesteśmy pełni kłamstw
Mamo, jesteśmy przeznaczeni do ucieczki
I w tym momencie, oni budują trumnę twoich rozmiarów
Mamo, my wszyscy jesteśmy pełni kłamstw.

Zatem, matko, spójrz, co wojna zrobiła z moimi nogami i językiem;
Powinnaś była spowić dziewczynkę;
Ja powinienem być lepszym synem
Jeśli mogłabyś w ten sam sposób rozpieszczać gdzieś zakażenie
To trzeba by było od razu amputować;
Powinnaś była..."

My Chemical Romance - Mama .



LAJKNIJ ♥ www.facebook.com/istuff.pinger
 

 
"Miłości nigdy nie było, nigdy nie było..."

Czasami, zastanawiam się czym jest alkohol co?
I wiesz co wymyślam? - Nic!
Dla każdego jest czymś innym...
Ktoś się nim ratuje? Wtedy jest śmieciem...
Pije aby zagadać do chłopaka, jest łatwy i tak nic z nim nie wyjdzie
(bo co, na każdą randkę będziesz chodziła nawalona?)

Wiedz, po co to jest. Dla mnie jest to pewnego typu odskocznia..
Czasem fajnie jest załapać fazę, ale w gronie znajomych.
Jak ktoś pije, i potem płacze jak dojdzie do niego to co zrobił - być może jest zerem.

Kiedyś się tym przejmowałam. Ale dotarło do mnie, że nie potrzebnie.
Dlaczego? Jestem złą przyjaciółka ? Nie ! Jestem zajebistą i wiem o tym.
Ale ile razy można zmieniać ludzi. Świata nie zmienię. I jacy są to tacy pozostaną.
Mogę próbować, ale po co? Jak być może to ich hobby.

A.
 

 
Jest to mała kuleczka , w środku jest Mikołaj i Pani Mikołajkowa. Podczas gdy są razem, wygląda to pięknie, śnieżynki dookoła oni szczęśliwi. My jesteśmy małym dzieckiem, które otrzymało tą zabawkę. Biegniemy pochwalić się nią całemu światu- Tak jak miłością, statusy, sms’y, plotki… Wszystko byle było głośno. Dlaczego? Lecz czasem gdy za bardzo angażujemy się w ten „rozgłos” pojawia się dziecko, które nam zazdrości „miłości” czy zabawki, wyrywa nam ją. I w kilku sekundach rozbija o ziemię… Nic nie możemy zrobić, tylko patrzeć na malutkie szkiełka, rozlaną wodę i malutkie śnieżynki rozrzucone dookoła. Poddając się wracamy do domu, zamykamy się w czterech ścianach opłakując to co już zniszczone. Chcemy zapomnieć, lecz uśmiech malutkiego Mikołaja w kuleczce tak utkwił w pamięci , że nie można.
Teraz można spróbować poskładać kulkę, lecz nie będzie już taka sama jak kiedyś. Będzie inna, brzydka, nie będzie sprawiała tyle radości co wtedy. Kupić nową, a nawet ładniejszą? Cały czas będą wracały wspomnienia po poprzedniej, byliśmy do niej tak przywiązani…
Ale co z starą zabaweczką? Ona już nie czuje, nie pamięta o właścicielu. Leży na śmietniku. Tej miłości, ani zabawki ze strony kuleczki… – nawet nie było...

/ A.
  • awatar Gość: Obiecuje starac sie i pielegnowac nasza milosc tak aby nie bylo w niej klutni i klamstw lecz szczerosc i namietnosc z caleogo serca zycze Ci wiecej takich cudownych opowiadan byc moze kiedys bedziesz na tyle dobra ze wydasz konkretnego co stanie sie znane przez wszystkie swiatowej klasy wydawnicstwa :) ale spokojnie jeszcze masz na to troche czasu a tym czasem moge zyczyc Ci dobrej nocy i slodziutkich senkow kocham Cie z calych sil i uwierz, ze czuje to jak z kazdym nowym dniem moje uczucie staje sie silniejsze pamietaj prosze tylko jedno. Moje serce juz zawsze bedzie nalezalo tylko do Ciebie najdrozsza kocham kocham kocham Twoj Prz....o <3 :**:
  • awatar Gość: Wiesz Afra czytam ten wpis troche przypomina mi film, ktory kiedys razem ogladalismy a mianowicie mam na mysli "Nostalgie Anioła" :* W szklanej kuli na biurku mojego taty mieszkał pingwin ubrany w szalik w czerwono-białe paski. Kiedy byłam malutka, tata sadzał mnie sobie na kolanach i sięgał po śnieżną kulę. Obracał ją, a gdy cały śnieg zebrał się u góry, szybko przekręcał. Patrzyliśmy oboje na płatki padające powoli wokół pingwina. Pingwin jest tam sam, myślałam, i martwiłam się o niego. Kiedy powiedziałam o tym tacie, stwierdził: „Nie martw się, Susie; ma miłe życie. Jest uwięziony w idealnym świecie”. Moj idealny swiat jest, byl i bedzie wszedzie tam gdzie bedziemy my Kochanie poniewaz kocham Cie nad zycie nie zlosc sie prosze ze dodalem swoj komentarz ale nigdy nie czytalem tego bloga i nawet nie wiedzialem o jego istnieniu ale uwazam, ze jest mega zaj....ty wiec dlatego nie moglem sie powstrzymac od wpisania :****** Taka kobieta to najwiekszy skarb podziwiam Cie kochanie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Zobacz to moja babcia. To ona mnie wychowała gdy matka i ojciec rozbili się podczas powrotu z Las Vegas – wskazała palcem kobietę bujającą się w drewnianym fotelu. Szyła coś na drutach, różowy sweter – Chodźmy do niej! – krzyknęła uradowana. I nie oczekując na odpowiedz Vincenta, ruszyła w stronę staruszki zasiadującej na tarasie. Towarzysz ruszył za nią niepewnie, ilustrując przy okazji to co działo się na posiadłości. Nie było to zbyt wyjątkowe miejsce. Zwyczajny drewniany dom w kolorze brzozowym, sad przed nim oraz niewielki ganek. Wszystko dookoła nie wzbudzało podejrzeń. Zwyczajny wakacyjny dzień, pełen słońca i uśmiechu w obecności dwojga miłych staruszków. Skyler podeszła szybkim krokiem do babciny w bujanym fotelu.
- Witaj złotko! – krzyknęła uradowana na widok swojej wnuczki, i wstała na powitanie wyciągając dłonie przed siebie – ile lat Cię nie wiedziałam! – w jej oczach ukazały się dwie ogromne przezroczyste łzy, uściskała Skyler serdecznie i nie zamierzała jej wypuścić za szybko. Dziewczyna poczuła się jak drogocenny skarb zawierający młodość, miłość lub zdrowie. Objęła swoją babcie i także rozpłakała się. Tym czasem Vincent podszedł bliżej zaistniałego zdarzenia. Krzyknął coś aby przywitać się z kobietą. Lecz ta nie usłyszała go. Krzyknął głośniej lecz nic nie poskutkowało. Podszedł i delikatnie dotknął ramienia staruszki. Także nic, spojrzał na Skyler lecz ona nie zwróciła na niego uwagi. Kompletnie bez słowa weszła za staruszką do środka. Ruszył za nimi, z ciekawości. W środku nie działo się nic wyjątkowego. Dziewczyna rozmawiała z dziadkami popijając lekko ciepłą zieloną herbatę. A Vincent ilustrował dom… Wyjrzał za okno było już późno, słońce zachodziło. Zastanawiało go co Skyler wymyśli, czy zechce zostać tutaj na zawsze? A kiedy on się obudzi? Czy kiedyś wyrwie się z tego snu? Oderwał gwałtownie wzrok od zachodu, i poszedł do dziewczyny.
- Co teraz? Mogę się już obudzić? A resztę wyjaśnisz mi następnym razem… – Mruknął,
ukrywając nutkę zdenerwowania w głosie.
Skyler bez słowa wstała z kanapy, nie zwracając uwagi na parę staruszków. Oni też wyglądali jakby cała zaistniała sytuacja nie miała miejsca.
- Wyobraź sobie to co wcześniej, po prostu obudź się, ale muszę ci coś pokazać... – Mówiła
powoli o opanowanie, mimo tego iż była niewiadomo kim, czy duchem czy duszą. Najwyraźniej nie przeszkadzało jej to. Złapała go za ramiona i zamknęła oczy.
To co zobaczył przerosło jego wyobraźnie. Szczęka opadła mu najniżej jak tylko mogła. Zamarł, przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Był wraz z Skyler na ogromnej niekończącej się pustyni, lecz nie takiej zwykłej. Gdzie nie gdzie, rosły ogołocone drzewa. Na poziomie kolan unosiła się gęsta mgła, wszystko było koloru czarno-czerwonego. Jakby inne barwy znikły.
- Gdzie, gdzie ty mnie zabrałaś! – zaczął krzyczeć, nie mógł opanować przerażenia i
strachu jaki przeszedł go od stóp do głów. Rozglądał się- za każdym razem zaciskając oczy, nie dowierzając. Jednak okropny i paskudny widok nie znikł, za każdym razem gdy mrugał oczami był coraz gorszy, obrzydliwszy.
- Wiesz co, za każdym razem jak będziesz zasypiał będziesz widział to. Tylko wtedy będziesz tutaj całkowicie sam, mnie tu nie będzie. Za każdym razem będzie coraz gorzej, obrazy ze snu na sen będą coraz obrzydliwsze. Zobacz tam! – w kazała palcem na ścięte drzewo, ledwo o siłach szła przy nim hiena była bardzo wychudzona, miała widoczne otwarte rany i wiele blizn na pysku.
- Niedługo poznasz jej przyjaciół to są tak zwane pomegast. Są to dusze zwierząt, niektóre z nich trafiają tutaj. Po prostu nie chcą wracać tam gdzie walczyły o życie, o pożywienie. I tak trafiają tutaj, wybierają bezbronną osobę i desperacko wdzierają się do snów – Vincent słuchał uważnie, wchłaniając każde słowo wypowiedziane przez Skyler. Obserwował to co dzieje się dookoła. Patrzył na powolną śmierć hieny bardzo jej współczuł ale był tak wystraszony, że nie mógł nic zrobić.
- Czego ode mnie chcesz!? Zabierz mnie stąd! – Vincent zaczął krzyczeć na dziewczynę. A ona wzruszyła niewinnie ramionami i w mgnieniu oka znikła. Rozpłynęła się w powietrzu a hiena razem z nią. Zostały tylko drzewa, mgła, on i nicość.
Poderwał się gwałtownie z łóżka, cały zalany potem. Potarł dłońmi twarz i obejrzał pokój. Wszystko było takie samo jak przed zaśnięciem. Obrazy, które namalował, drzwi szeroko otwarte, książka, zdjęcie wszystko na swoim miejscu. Opadł na pierzastą poduszkę, a dłonie ułożył wzdłuż ciała. Wziął głęboki wdech i wbił wzrok w sufit. Co tam ujrzał? Hienę, która pożerała swoją rówieśniczkę...
 

 
Ciemność, pusta przestrzeń, małe światło i park. Piękny zielony park, pełen cieszących się dzieci oraz ich rodziców. Vincent znajdował się na środku placu zabaw, stał w małej piaskownicy wśród kilku bobasów. Dzień był ciepły, i obfitował w promienie letniego słońca. Wszystko było piękne- i wręcz za idealne. Vincent bez słowa wyszedł z piaskownicy, nie budząc komentarzy matek, plotkujących na ławce. Powoli ruszył w stronę alei prowadzącej do marmurowej, białej fontanny. Nie widział co przedstawia rzeźba w jej środku, znajdowała się za daleko. Gdy szedł podziwiając wszystko co było dookoła, usłyszał nieśmiały głos, typowo nastoletni choć był tak cichy, że można było pomylić się i uznać iż był to głos dziecka. Odwrócił się i ujrzał nastolatkę, była o głowę niższa od niego, miała blond włosy i wyraziste zielone oczy.
- Przepraszam. Pan Carroll? – zapytała nastolatka, pochylając się ciekawsko do przodu - Szukałam Pana. Może usiądziemy a wszystko panu wyjaśnię. Dobrze? - Mężczyzna był całkowicie oszołomiony. Zdawał sobie sprawę, że to był sen. Ale był tak realistyczny. Nie było w nim nic niesamowitego, ponadludzkiego. Zwyczajny park i dziewczyna, która może była jakąś początkującą dziennikarką i odkryła kim jest. Zgodził się na propozycję. Zajęli miejsce na ławce pod drzewem klonu.
- Kim jesteś? Skąd mnie znasz? – Vincent od razu przeszedł do zadawania pytań.
- Proszę się uspokoić wszystko wyjaśnię, a nazywam się Skyler Hill – wyjaśniła wyciągając rękę w jego stronę- uścisnęli dłonie. Dziewczyna usiadła bokiem aby podczas swoich wyjaśnień widzieć reakcję Vincenta, chciała widzieć kiedy zwolnić a kiedy dać mu sekundę na ułożenie sobie nowych informacji – A wiedz, znam Pana bardzo dobrze. Zawsze przyglądam się Pańskim snom. Możemy przejść na Ty? – zapytała uprzejmie, zgodził się – Dziękuję, tak będzie mi łatwiej. Wiedz tak, wiem dokładnie co śniło się Ci wczoraj, rok temu, a nawet co podczas pierwszego snu. Obserwuje Twoje życie, wiem o czym myślisz przed snem… Ale przejdźmy do rzeczy. Umarłam gdy miałam zaledwie osiem lat i tak błąkam się w Twoim umyśle, od dziewięciu wiecznych lat. Z każdym dniem próbuje porozumieć się z Tobą ale jakoś nie mogłam. Dopiero teraz widzę Cię! – Na twarzy Vincenta widocznie ukazało się przerażenie. Nic nie rozumiał, nadal nie wiedział kim ona była – Jak mówiłam jestem tylko duszą w tym idealnym świecie. Tak naprawdę mnie tu nie ma, nie doznaję żadnych uczuć, żadnego ciepła, zimna. Nic. Ale bardzo, bardzo potrzebuję Twej pomocy. Chodzi o to, że chciałabym abyś pokazał mi jaki jest naprawdę świat w którym żyjesz. To wszystko jest Twoją wyobraźnią, zobacz ten park. To park z naprzeciwka Twojego domu, śnisz o nim ponieważ wieczorem poświeciłeś mu tyle myśli.
- Jak mogę Ci pomóc, nie mam magicznej mocy. Nie panuje nad swoimi snami nawet nie
potrafię tego zrobić… – spuścił głowę i podparł się dłońmi o brodę. Ciemne włosy opadły mu na twarz. Jakby chciał ukryć swoją bezradność.
- Ale to bardzo proste! Jak już mówiłam to wszystko Twoja wyobraźnia! Możesz
wyobrazić sobie kino, teatr, centrum handlowe a wszystko to się spełni. Możesz być bogaty, biedny, być o szczytu kariery albo dnie… – wymieniała tak z ogromnym zachwytem jakby sama mogła spełnić to co mówi.
- To od czego mam zacząć ?
- Zacznijmy od tego czy chcesz mi pomóc… – spojrzała na Vincenta odgarniając włosy z czoła.
- Chce – jedno słowo jakie wystarczyło do spełniania marzenia jednej małej duszyczki błąkającej się po snach trzydziestolatka.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś mną.. – Skyler zamknęła oczy, to samo uczynił siedzący obok Vincent. Zobaczył to co chciała przekazać mu w słowach jego towarzyszka.
Ujrzał duży dom, biały z ogromnym dziedzińcem. Po prawej stronie był sad jabłoniowy w którym starszy mężczyzna zbierał jabłka. Spojrzał w lewo aby zilustrować sytuację, obok była Skyler na jej twarzy widniał ogromny uśmiech.
  • awatar Gość: Superb images, the shade and depth of the images are breath-taking, they draw you in as though you are a part of the composition. my website - http://journal-cinema.org/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Po co wiedz Vincentowi były potrzebne fałszywe dowody osobiste? Co jakiś czas do ich domu pukał jakiś nieznajomy podający się za członka rodziny a czasem policja w celu poszukiwań dzieci sławnego pisarza Rafaela Carrolla. W takich sytuacjach podawał fałszywe nazwisko. W przypadku odwiedzin stróżów prawa, okazywał także fałszywy dowód, w celu potwierdzenia swojej tożsamości.
Tego deszczowego wieczoru skończył ostatni dowód, przeliczył je i schował do szuflady pięknego ciemnoorzechowego biurka. Opadł bezwładnie na oparcie i splótł palce na karku oraz wytężył oby lepiej dostrzec krople deszczu, które tworzyły niesamowite wzory na oknie. Cathlyn miała wrócić dość późno. Znalazła idealną pracę w restauracji „Ciżba i Noc” , pracowała tam od niedawna ale zdążyła zaprzyjaźnić się z personelem a najbardziej z jednym z kucharzy o imieniu Leo. Vinc uśmiechnął się sam do siebie, przed umysł i wyobraźnie przeleciały mu pojedyncze sceny jego życia.. Urodziny matki, pierwszy sukces ojca, telefon Cat gdy nie miała jak wrócić do domu, dziennikarze, nowe mieszkanie, początki nowego życia. Wstał pomagając sobie po czym wyszedł z pokoju i ruszył w stronę kuchni. Zajrzał do srebrnej lodówki obejrzał ją półka po półce. Jakieś owoce, napoje energetyczne… I mnóstwo składników, które nadawały się do jedzenia dopiero po obróbce lub musiały być po prostu ugotowane bądź usmażone. Westchnął smutno, gdyż jego wieczorna rutyna została zakłócona. Co wieczór napychał się resztkami z obiadu a dziś okazało się iż tego nie uczyni. Wziął do ręki karton z resztkami mleka i opróżnił go w ułamku sekundy i wyrzucił do kosza, zachowując korek, który wrzucił do reklamówki wiszącej na haczyku obok. Obydwoje robili to za każdym razem gdy tylko jakiś korek znalazł się w ich posiadaniu, nawet podczas spaceru nie przechodzili obojętnie obok samotnie turlającego się korka. Zbierali je na operacje dla chorej dziewczynki, córki kamienicznika który pobierał za mieszkanie opłatę o połowę niższą niż od innych lokatorów…
- Cześć Vinc! – usłyszał piskliwy ale pełen ciepła głos dobiegający z przedpokoju – Ale
jestem zmęczona, nie mam na nic siły. Te twoje rysunki na promocję zrobiły furorę nigdy nie mieliśmy aż tylu klientów! – Cathlyn weszła do kuchni zastając brata przeliczającego korki w reklamówce.
- Witaj siostra! – odpowiedział z radością podnosząc rękę w geście przywitania – Kupiłaś
coś do jedzenia? – zapytał nie odbiegając od czynności .
- Niestety, nic nie kupiłam… – mruknęła, i podeszła do lodówki – a no, rzeczywiście
lodówka świeci pustkami. Może jutro pójdziemy na zakupy.
- Nie ma sprawy. Połóż się porozmawiamy jutro – odparł, i uśmiechnął się, łapiąc przy
Tym paczkę „Black Devilsów”. Skierował się na balkon, do którego można było się dostać tylko przez salon. Podniósł białą klamkę, i jednym krokiem znalazł się na balkonie. Opadł się plecami o ścianę i wetknął papierosa do ust i odpalił go. Wbił wzrok w park naprzeciwko, i zaciągnął się. Jeśli skupiło by się na dźwiękach dobiegających z pobliskiego placu zabaw a nie na własnych myślach. Można było usłyszeć dzieci spacerujące z rodzicami lub szczekanie psów uciekających przed swoimi właścicielami. Było już dość późno, około godziny dwudziestej drugiej. Deszcz odpuścił, wiatr ucichł, powietrze było idealnie czyste. Zakończył palenie i przestał zachwycać się widokiem oraz całą resztą. Siedzenie na balkonie a szczególnie gdy księżyc był w pełni, było pewnym rodzajem terapii, można było rozmyślać o wszystkim. Ułożyć plan na jutro, listę obowiązków, policzyć błędy popełnione minionego dnia… Wystrzelił niedopałek palcami, który roztrzaskał się na chodniku. Wrócił do domu i potarł dłonie. Spojrzał na godzinę dwudziesta trzecia. Vincent cały zmarznięty, ruszył w stronę łazienki. Po szybkim ciepłym prysznicu i umyciu zębów, zabrał się do przygotowywania miejsca do spania. Ugniótł dokładnie poduszkę, i wsunął się w ciepłą kołdrę. Nie mógł spać… Kilka razy wychodził bezsensownie do toalety. Ale dopiero po łyknięciu środku nasennego, zapadł niespodziewanie w głęboki sen. Nawet nie zdawał sobie sprawy iż ta noc może trwać wieczność... I może obudzić się niewyspany.

A./
Już niedługo zostanie aktywowana strona na facebooku, oraz opowiadanie się rozkręci ;)
 

 
Chłodny listopadowy dzień, za oknem lekko prószył deszcz ostukujący szybę. Vincent siedział w zaciemnionym pokoju, przy biurku na którym stała świeca koloru kości słoniowej rzucająca delikatną poświatę na pomieszczenie. Pokój był zbyt mały, aby nadać mu miano sypialni. Po prawej stronie znajdowało się łóżko na dwie osoby, po obydwóch stronach stały maleńkie półki nocne. Na każdej z nich znajdowało się po kilka przedmiotów. Podobno, to co człowiek trzyma na półce obok łóżka określa charakter człowieka. W przypadku Vincenta ta teoria sprawdziła się. Na jego miejscu spoczywała lekko zniszczona książka, widać było iż często była czytana, gdyż kartki były bardzo powyginane. Czarna pamiątka z białym jabłkiem autorstwa Jonathana Carrolla, była niejednym wspomnieniem z nastoletniego życia jego właściciela. Na półce znajdowała się także fotografia siostry Vincenta, Cathlyn. Zdjęcie przedstawiało ją stojącą pod sklepem Coco Channel w Londynie. Co każdy wieczór obydwa te przedmioty były używane, książka czytana a zdjęcie oglądane ze łzami w oczach i uśmiechem się do wspomnień.
Tego dnia Vincent przygotował kolejne fałszywe legitymacje i paszporty. Na jednym danymi osobowymi było nazwisko Ettrich na innym Route a na kolejnym Carroll. Czasami Cat naśmiewała się z brata wymieniając każde jego fikcyjne imię i nazwisko, wówczas powstawała jedna ogromna osobowość – Judas Vincent Jonathan Carroll Route Ettrich. Vinc wtenczas denerwował, się ponieważ obawiał się, że któregoś dnia nie będzie miała tematu do rozmowy i wymieni wszystkie imiona swojego brata, co oznaczało by zdemaskowanie, a nigdy nie wiadomo na jakich ludzi się w trafi.
Co zmusiło to rodzeństwo do takiego ukrywania swojej tożsamości? Oczywiście przeszłość. Pierwszym powodem jest ucieczka od rodziny. Mieli dość życia w blasku fleszy i wywiadów ich ojciec był żywą legendą literatury. Każdego dnia patrzyli jak ojciec udziela wywiadów, nie zwracając uwagi na swoje dzieci. Gdy nie pisał kolejnej książki, która po ukazaniu stanie się kolejnym bestsellerem, to udzielał wywiadów lub był zapraszany na kolejne bankiety. Następnym powodem było ćpanie. Zaraziła się tym Cathlyn w wieku około siedemnastu lat, namówił ją do tego jej były najlepszy przyjaciel- Toby Scéal. Zaczęło się niewinnie od kilku wciągnięć i paru igieł, a potem coraz częściej znikała całymi dniami i nocami. Było to dość nienaturalne zachowanie gdyż Cat, nie ruszała się nigdzie bez swojego brata. Jej niezdrowy nałóg wyszedł na jaw, dopiero po upływie roku. Gdy któregoś razu matka rozkazała córce posprzątać kuchnie, niczego nieświadoma dziewczyna podwinęła rękawy żółtej bluzki i ukazała miliony ukłuć w żyłach. Wystraszona kobieta trzymająca wówczas dzban z mrożoną herbatą dla kolejnych gości upuściła go. Szkło rozpadło się na tysiące kawałków, a lodowata ciecz rozlała się na podłodze sięgając nagich nóg Cat. Dziewczyna pochyliła się aby zacząć zbierać okruchy. Matka w tym samym czasie położyła prawdą dłoń na czole i powoli osunęła się po marmurowym blacie. Zemdlała. Córka wstała, i przyjrzała się matce. Oddychała. Stwierdziła, że jej obecność nie jest tutaj zbyt potrzebna, dlatego szybkim krokiem i dreszczami na plecach skierowała się w stronę pokoju. Rzuciła pospiesznie torbę podróżną na łóżko, i zaczęła wrzucać do niej wszystkie ubrania jakie miała. Podczas zapinania torby w drzwiach pojawił się Vincent. Przyjrzał się pustym szufladą, po czym przeniósł spojrzenie na siostrę. Cathlyn od razu przeszła do wyjaśnień. Wytłumaczyła, że odkryli co robi i nie chce zsyłać na ojca skandali. Zgodnie ustalili, że pobiorą kilka tysięcy z konta ojca. Wiedzieli dobrze, że do domu nie wrócą. Będą musieli wynająć jakiś dom, znaleźć prace i stać się niezależni.
Po pięciu latach, błąkania się i prowadzeniu koczowniczego trybu życia, zamieszkali w malowniczej okolicy w której aż roiło się od ulicznych malarzy i artystów. Było to wymarzone miejsce dla rodzeństwa. Cat, półtorej roku spędziła w zakładzie odwykowym. A Vincent w tym czasie odremontował mieszkanie za pieniądze zarobione jako wykładowca plastyki w pobliskiej uczelni. Ich życie biegło powoli, jak liście okalające chodnik przed czerwonawą kamieniczką.

/ A.